Translate :)

czwartek, 23 kwietnia 2015

Shut up and dance with me!




Ile zostało jeszcze dni do czasu kiedy wyjadę z tego miejsca? 32, 31, 30? Zbyt mało a czas zdecydowanie leci zbyt szybko. Chciałoby się po prostu krzyknąć ‘Hej! Stop natychmiast! Chcę tu zostać na zawsze!’. No cóż, nikt z nas nie ma magicznych mocy by opóźnić to, co nieuniknione. Graduation Day.
Co się dzieje w chwili obecnej/przeszłej? Prawie dwa tygodnie temu skończyliśmy klasy. Na zawsze *emotional crying*. Muszę przyznać, że będę tęsknić za malowaniem na tablicy w laboratorium chemicznym, za bawieniem się kwasami, wyżarzającymi spodnie. Za zupełnie niemającymi sensu rysunkami Henninga o komunizmie albo feminizmie, gdzie patykowe ludki lustrują cię patykowym-wzrokiem. Za każdą lekcją w kafeterii, szczególnie filozofią, która zawsze trwała idealnie do 14:10, bo Liam musiał wykorzystać każdą chwilę by przekazać nam wiedzę. Za przerwą podczas double-bloku biologii, licząc na to że snack będzie niezdrowy (muffins, muffins, muffins!). Za przerwą śniadaniową, gdzie wszyscy pchają się by zdobyć tost albo chocos. Za lekcjami matematyki, które były tak  filozoficzne, że odpływałam myślami do Wonderland’u. Za wymyślaniem nowych ‘hiszpańskich’ słówek (ehm, i powtarzaniem Paoli przekleństw, które zapodał Jorge). Mam nadzieję, że będę pamiętać moich nauczycieli i to wszystko jeszcze długo. Wierzcie mi, IB samo w sobie jest okrutne, bezlitosne i bleh. W tej szkole chyba stało się to quite enjoyable, przynajmniej ta część, w której się NAPRAWDĘ czegoś uczymy. A uczymy się jak żyć.

Ostatni dzień klas był nietypowy. Może dlatego, że dzień poprzedni odbył się AQ LOCKDOWN. Jestem pewna, że ciekawi Was co to (albo nie?). No nie wiem, ale dla mnie to była jedna z najlepszych nocy w muwci, kiedy wszyscy drugoroczni około 22 w nocy poszli do AQ (budynki szkolne). Poprzedzone to było African Regional Evening, na którym się naśmiałam i natańczyłam. Ogólnie, AQ Lockdown polegał na zabarykadowaniu całych budynków szkolnych, by pierwszoroczni nie mogli wejść do środka. Huehuheu, zabawane, nie? Serio, nie wiem kto to wymyślił. Więc tańczyliśmy do 7 rano, w między czasie rzucając krzesłami, stołami i półkami na pocztę. Moja kostka, którą skręciłam na początku marca (ave cage football!) znów spuchła, ale jak już się wyspałam to wróciła do normy. Za dużo skakania i tańczenia, I swear. To było piękne! Oczywiście, pierwszoroczni byli trochę ‘zdenerwowani’, bo obudziliśmy ich o 5 nad ranem, a wcześniej porwaliśmy po jednym z nich z każdej wady i zamknęliśmy ich w ciemnym pokoju. Koniec końców strzelam, że drugoroczni mieli trochę więcej zabawy :)
 
Przez pierwszy wolny tydzień zabrałam się za biologię *właśnie widzę wielkiego karalucha przy moim bucie -  IGNORUJ, GABI*. Biologia, bo co jak co, biologia makes sense. *STOP, to nie karaluch, to świerszcz, gigantyczny, uff*. Skończyłam cały materiał i mam piękne notatki. Teraz wzięłam się za matmę i chemię, ale już nie jest tak wesoło. Matma to masakra (ale zwalam winę na nauczycieli i los)! Nie wierzę, że byłam dobra z matmy kiedyś .Nieważne, jakoś zdam. Na tyle żeby wciąż mnie chcieli w moich szkołach. A no tak, co do tego, wspominałam już może… Muszę podjąć decyzje *dorosłość? ew* Moje opcje leżą pomiędzy Chicago, Portland i Szkocją. Są plusy i minusy wszędzie. Szkocja, bo blisko, bo 17-sty uniwersytet na świecie, bo piękne miasto, bo Anglicy, etc. Portland, Lewis&Clark, bo to US i będą imprezy z czerwonymi kubeczkami, bo mają świetne pokoje i chcą mi dać dużo stypendium, bo mają piękny college i wydają się tacy ‘American-dream’. No i Chicago, Lake Forest, bo mają dużo stażów, no i bo to jest CHICAGO! I jak tu wybrać!? Okej, mam jeszcze 7 dni by dać im odpowiedź. Uf. Damn.
Ostatni weekend też był całkiem fajny. Pojechaliśmy do Paud na kolację, potem była impreza w Art Centre. Dobrze się czasami odstresować, szczególnie jak spędzasz 8 godzin z nosem w książce. 

W niedzielę pojechałam na Advisor Dinner do Pune, na koreańskie jedzenie. Dostaliśmy wołowinę, a tak btw, wołowina została wycofana przez stan Maharasztra pod groźba więzienia. Yey! Let’s break the rules! Just kiddin’.

Jutro znów piątek. A piątków coraz mniej. I to jest smutne. Tragiczne. Bo kocham to miejsce i chcę więcej. Muszę się pocieszać myślą, że to się nie skończy, bo #college. Na pewno jednak nie będzie tak samo. Dobra, bo popadam w nostalgię. Idę spać. Kiedy zrobiło się tak późno? Creature of the night? A rano pobudka o 8:10. Calculus, integration, voltanic cell and Aufbau Principle, nadchodzę!

African Regional Evening


 

Follow this:
 


niedziela, 29 marca 2015

Just one last time

Hola!
Właśnie wróciłam z niezwykle interesującego (pierwszy raz kiedy naprawdę ruszyłam się, żeby zwiedzić Indie) Travel Weeku. Razem z Carole i Louise, moimi wspólniczkami w niedoli i tych inspirujących podróżach, ruszyłyśmy wpierw do New Delhi. Jedna kłopotliwa sprawa - samolot. Boję się latać Lufthansą (pomijając fakty ostatnich wydarzeń) a co dopiero indyjskimi liniami. Lot był wyjątkowo spokojny, chociaż jak zwykle na moje nieszczęście, dostałam miejsce przy skrzydle, przy oknie. Wylądowałyśmy w Delhi, mieście całkiem, całkiem. Z plecakami turystycznymi na plecach, jak to na prawdziwych europejskich  turystów przystało, znalazłyśmy hotel. Bez internetu, bez gorącej wody, bez klimatyzacji, ale był. Ruszyłyśmy w miejską dzicz, co w indyjskim znaczeniu oznacza prawdziwą dzicz, gdzie na każdym kroku można zostać rozjechanych przez rikszę lub motor. Pozwiedzałyśmy trochę (centrów handlowych, nie no kiddin'), a potem poszłyśmy na bazar, gdzie można było kupić książki za 50rs (=3.1zł). Żeby nie było, że ambicji brak to kupiłam Shakespeare'a. W końcu i tak przeczytałam "Chłopcy z placu broni", zastanawiając się jakim cudem nauczyciele każą nam to czytać w podstawówce, skoro to jest takie dramatyczne i wymaga o wiele więcej analizy psychologiczno-metafizycznej. 

Hotel #1 New Delhi



Lotus Temple
Park
 

Anyways, w niedzielę ponownie pozwiedzałyśmy trochę, po czym trafiłyśmy do kafejki z piwami świata.
Indian Gate









Wieczorem trafiłyśmy na stację by 13-godzinnym pociągiem udać się do Amritsar, który słynie ze swojej Golden Temple (no bo w sumie nic ciekawszego tam nie ma). A nie! Jest jeszcze granica z Pakistanem gdzie codziennie przy zachodzie Słońca odbywa się pokaz Indian/Pakistan Forces. To też było ciekawe. Najlepsze jak tam przyjechałyśmy to byłyśmy spóźnione 5 minut, a okazało się że trzeba tam się wlec jakieś 2 km, więc dostałyśmy podwózkę w samochodzie indyjskiej armii (pro). Potem mogłyśmy obserwować białych ludzi i zgadywać ich narodowości. Same przedstawiałyśmy się jak Niemki (zdrada stanu, bo w sumie żadna z nas nie jest Niemką). Dlaczego? A. Nikt nie wie gdzie leży Luksemburg. B. Z reguły nikt nie wie też co to Belgia. C. Wspomnisz Polskę to od razu jedzie cała lista polskich przekleństw, bo to jedyne co ludzie wynoszą z wiedzy o Polszy (I'm serious). Bycie Niemką też ma swoje interesujące aspekty. Na przykład, na ulicach Varanasi spotkałyśmy dwóch pomarańczowo-budda odzianych Hindusów warshippujących Hitlera, do których nie docierały nasze przekonywania "Hitler was bad".

W oczekiwaniu na pociąg #1

Hotel #2 Amritsar

Amritsar

 

GOLDEN TEMPLE

Indian Sweets (inc. Mango!)

Amritsar bardzo mi się podobał i miał świetne jedzenie, chociaż porównując do jedzenia na kampusie to jedzenie jest boskie wszędzie indziej (oprócz pociągu, ale o tym później). Ostatniego wieczoru, kiedy oglądałyśmy wiadomości o właśnie rozbitym samolocie w Alpach, pofarbowałyśmy włosy Carole, a i ja dostałam czerwonego pasemka z henny. So nice! Chociaż teraz już wyblakło.

Tym razem czekała nas 26h podróż pociągiem do Varanasi. Całkiem spoko, miałyśmy cały przedział dla siebie, oprócz krótkiej chwili kiedy wbili się tam jacyś ludzie. Warto zauważyć, że jak w Polsce 4h pociągiem do Wawy to tragedia to tutaj 26h to luzik. #thingsyougetusedtoinIndia
Train #2

No i dojechałyśmy do naszej ostatniej stacji - Varanasi. Porównując do New Delhi i Amritsar to to miejsce można nazwać mniej rozwiniętym. Nikt nie mówi po angielsku. Trzeba posługiwać się językiem migowym w wersji "domyśl się sam". Zmęczone indyjskim jedzeniem trafiłyśmy w końcu do McDonalds (zdrowe żywienie przede wszystkim). 


Varanasi znajduje się zaraz nad Gangesem. Tak jak mówią, woda nie jest przezroczysta, ale czego spodziewać się po krowach w niej zanurzonych lub prochach zmarłych ludzi. W każdym razie zwiedziłyśmy parę świątyń w okolicy. Nawet taką jedną z małpami, yey! 

Ceremonia (pływałyśmy łódką po Gangesie)




W sumie Ganges i jego świątynie były główną atrakcją Varanasi. Wyjechałyśmy w sobotę rano, bo tym razem *uwaga* pociąg miał nam zająć 32h. Nie mam żadnych zdjęć z tejże imprezy, gdyż wszystkie 3 się pochorowałyśmy. Wieczorem musiałam latać z prędkością światła żeby dotrzeć na czas do łazienki (bulimia 2.0). Całe szczęście, rano było już o wieleeee lepiej. Potem po masakrycznej podróży w jeepie, który skakał do wzgórzach i górach czułam się znów jakby mnie coś przejechało, ale teraz jest gut again.

Dobra. Enough. Resztę zdjęć dodam jak Carole prześle mi je na dysk. Teraz powinnam zacząć moje Math IA, bo nie uśmiecha mi się oblanie matmy (co jak co, ale ten przedmiot ma sens). No i oblanie matmy jako jedyna Europejka to trochę shame. Już za miesiąc maturka, yey (just kiddin'). Nikt się nie cieszy! No, może oprócz tych co dostali się już do szkoły i mają przyszłość zapewnioną przynajmniej do pewnego stopnia. Wciąż, lepiej się trochę przygotować :)

Także spadaaaam! Byebye!


czwartek, 5 marca 2015

Ew

W pierwszy semestrze, zaraz po przyjeździe do muwci, ustawiłam sobie aplikacje w telefonie która odliczała dni do powrotu i z znów do wyjazdu. Teraz nie chcę nawet patrzeć na to jak mało czasu zostało mi w tej szkole. *jest zbyt pięknie*
Za zaledwie tydzień mamy wolne, oprócz próbnych egzaminów, na które wypadłoby się przygotować. Trwają one przez tydzień, wszystkie 6 przedmiotów. Oczywiście, nie ważne jak bardzo chcę by dobrze wypadły to jest to niemożliwe by przypomnieć sobie cały materiał w tydzień. Sad life. Nie liczą się one też do niczego, soł... #yolo. Od 20ego marca mamy Travel Week jedziemy sobie na północ.

Zaczęłam doceniać system amerykańskich szkół, bo jeżeli przyjmą cię do szkoły (dowiesz się pod koniec marca lub początek kwietnia) to już raczej cię nie wywalą, chyba że twoje ostateczne oceny będą serio równały się niezaliczeniu IB. Dlatego mam w sumie relaksujące życie w tej chwili (jakimś cudem już mnie 2 szkoły w US przyjęły, wtf), ale oczywiście nie mam zamiaru całkowicie olać IB. Przynajmniej moje HLs chcę zdać na poziomie. Tylko dlatego, że są piękne :)
W każdym razie jak już mówiłam życie staje się o wiele łatwiejsze, kiedy masz tego rodzaju backup.

W tym tygodniu miałam oficjalne egzaminy ustne z hiszpana i angielskiego. Hiszpański spoko, mówiłam szybko i szybko skończyłam *ups*. Zacięłam się na jakimś tam pytaniu ale co tam. Jeżeli chodzi o ten język to w mówieniu jestem najgorsza ever (Yo soy una manzana). Angielski postanowiłam sobie totalnie olać, bo nauczyciel wprowadza zero motywacji do tego przedmiotu (nie, Gabi, jesteś z Polski więc nie dostaniesz lepszej oceny niż 5 - no heloł, dyskryminacjo). Więc pół godziny przed tym egzaminem zamiast sobie powtarzać to słuchałam sobie LISTEN ON REPEAT Keshy i to w słuchawkach na fula. 
 Poszłam tam, musiałam wybrać 1 z 5 tekstów (oczywiście nie widziałam nic, bo były odwrócone). Więc ogólnie mogłam dostać The Road albo Disgrace. Tą pierwszą przerabialiśmy w pierwszy semestrze, pierwszego roku, więc w sumie niewiele pamiętałam, oprócz tego że mi się podobała. Tę drugą skończyliśmy przerabiać dopiero tydzień temu, ale nie przeczytałam jej *ups ups*. I co? Jak to się mówi "głupi ma zawsze szczęście". Trafiłam na pierwszą książkę i to zaraz pierwszy fragment (omawialiśmy go na lekcji 3 dni wcześniej). Zaczęłam skakać ze szczęścia lol. I *uwaga uwaga* Henning mi powiedział, że bardzo mu się podobał mój komentarz. No tak, biorąc pod uwagę że nigdy wcześniej nie mówiłam o jednym fragmencie przez jakieś 15 minut, bo kiedy mieliśmy próbne to zamiast to robić to chodziłyśmy z Natashą po kampusie, to tak, też byłam zadowolona. Nie no, serio dobrze mi poszło, nawet odwoływałam się do Hobbes'a i takich tam mega deep stuff. A teraz jestem DONE! Wee!

Dzisiaj odbywa się Bald for a cause, czyli ludzie będą donate ich włosy. Cool nie mogę się doczekać, żeby to zobaczyć. W zeszłym roku było takie WTF. Mam nadzieję, że ktoś z moich znajomych się zdecyduje żebym znów mogła czyjeś włosy odciąć (łuehheeh). 

 



Ah! Zapomniałam opisać kolejne przeżycie w muwci, tj. moje urodziny. No więc, w czwartek poszliśmy z buta do Paud (8km hell yeah). Ja,  Carole, Ada i rodzina Carole (jej brat i kuzynka). Potem dołączyli do nas inni ludzie, bo wiadomo piątek był dniem wolnym i dużo ludzi jechało na kolacje do Paud. Do północy gralśmy w Yenga (bez szczegółów) a potem *wreszcie, szok* odbyła się impreza. O 1.30 nauczycielka przyszła i powiedziała, że daje nam 5 minut żebyśmy mogli uciec do domów (hehhe, omg, komedio). W sumie zostałam w w3 z całą gromadą ludzi ukrywającą się w czyimś domu. Yeyey. Zabawnie było. 



Przez cały piątek (nie no, tak do 18) nie było internetu więc w sumie siedziliśmy w Common Roomie jedząc, potem w Coffee Shopie również jedząc. Fajnie było, polecam.



To tyle :)
Bye bye!

niedziela, 22 lutego 2015

Metaphysics

Ostatnimi czasy, tj. 4ty semestr w muwci, myślenie o przyszłości i życiu nabrało nowego poziomu. Poziom ten jest czysto metafizyczny i pochłania strasznie dużo energii, co też skutkowało tym, że miałam wielokrotne doły, na przemian z happy days! 

Od samego początku zadaję sobie pytanie czy przyjazd do Indii, żeby uczyć się w szkole UWC był warty zachodu? I wielu aplikujących do uwc pewnie również sobie zadaję takie pytania. W Polsce miałabym maturkę, która wydaje się taka prosta pod względem swojej egzystencji. Przychodzisz, piszesz, wychodzisz. Nie trzeba martwić się o Uniwersytety aż do maja, wszystko ma jakiś plan i sens. A tutaj? Wszystko wydaje się takie skomplikowane. Może to dlatego, że nie miałam pojęcia o IB i aplikowaniu na uczelnie zagraniczne. Może dlatego, że dzieje się tutaj o wiele więcej rzeczy niż w Polsce, gdzie poza szkołą nie miałam czasu na prawdziwe życie. A może dlatego, że dopiero teraz widzę jakie 'dorosłe życie' (oh well) może być skomplikowane. 
Styczeń/luty było po prostu kulminacją wszystkiego. Extended Essay, Math IA (które wciąż muszę napisać), aplikowane na studia stworzyły tutaj atmosferę typu "nie mam czasu na nic". Dodatkowo zaczął się Theater Season i parę razy w tygodniu szłam zobaczyć sztuki, a jedną nawet sama wyprodukowałam (4.48 Psychosis by Sarah Kane). Było bardzo ciężko pogodzić to wszystko razem, a teraz wreszcie czuję, że nadszedł czas chillowania i wyluzowania się. Totalna olewka.

Prawda jest taka, że IB jest skomplikowane i trudne. A IB, w szkole gdzie trafili sami najlepsi uczniowie z każdego kraju (wliczając Indie gdzie poziom nauczania prekracza nawet moje wyobrażenia), jest jeszcze trudniejsze. Może i mam 6 przedmiotów, ale tutaj chodzi o to, że żeby cokolwiek wiedzieć trzeba robić drugie tyle poza szkołą, samemu. Laby, eseje, przygotowania do egzaminów ustnych zależą tylko i wyłącznie od nas i jeżeli ktoś się nie przygotuje to dostanie słabą ocenę, bo reszta zgarnie te lepsze. Survival of the fittest, jakby to Darwin ujął. 

No więc "Dlaczego, Gabi? Dlaczego siedzisz w Indiach zamiast zostać w przytulnym domu z dobrym jedzeniem i dostępem do TV?". 
Kogo tutaj nie było chyba nigdy nie zrozumie. Zostały mi 3 miesiące pobytu tutaj i staję się coraz bardziej sentymentalna... Tylko ostrzegam ^^
Mam wrażenie, że kiedy tutaj przyjechałam nie miałam opinii ani pojęcia na temat niczego. Jasne, mogłam ot tak podać definicje komunizmu albo wyjaśnić dlaczego nie powinno się zostawiać włączonego światła. Sama teoria. W tej szkole jednak nie można przeżyć jeżeli nie ma się własnej, uzasadnionej opinii na każdy temat. Nie wyolbrzymiam tutaj i "każdy" znaczy "każdy bez wyjątku". Nawet taki, o którym dopiero co się dowiedziałam. Niekiedy to aż niezdrowe, że prowadzisz 3-godzinną dyskusję na temat cenzury albo prawa do głoszenia własnej opinii. A jednak, właśnie to tworzy taką atmosferę, że chcesz rano wstać i zrobić coś znaczącego. 

Nie potrafię sobie wyobrazić życia poza tą bańką (jak to się tutaj mówi). Bo muwci nie ma nic wspólnego z Indiami, oprócz klimatu w sumie. Żyjemy sobie na kampusie, mieszkając, koegzystując i starając się zachowywać jaki ludzie cywilizowani, co czasami nie wychodzi. Więc za trzy miesiące, kiedy powiem ostateczne "żegnaj" temu miejscu, nie jestem sobie w stanie wyobrazić co się stanie dalej. A ta wizja jest okropnie przerażająca. To miejsce jest takie inne niż Polska, czy jakikolwiek kraj w Europie.Nie Indie, ale UWC. Zastanawiam się nad rzeczami, których nie będę mogła już dłużej robić i reasumując, nie ma możliwości, że mogłabym wrócić do życia w Polsce. Po prostu nie ma.
  • Wspinać się na dach o pierwszej w nocy z masą innych ludzi, żeby zobaczyć jak płonie teren niedaleko kampusu, a ludzie z Fire Service biegną żeby to ugasić. Ten dźwięk alarmu pośrodku nocy, słyszalny w każdej części kampusu <3
  • Codzienny check-in, czyli sprawdzanie obecności, odbywające się o 9.30pm. Spotykanie ludzi, którzy mieszkają w tej samej wadzie i robienie dziwnych rzeczy, jak rzucanie limonką czy skakanie po kanapach w common room'ie, albo puszczanie latynoskiej muzyki i udawanie, że potrafimy tańczyć jak Shakira.
  • Śpiewanie najbardziej okropnych piosenek jakie istnieją, a potem przerzucanie się na Mozarta albo innego świetnego kompozytora bez bycia ocenianymi przez kogokolwiek. Najlepsze jednak to śpiewanie piosenek świątecznych już w październiku, bo przecież są zbyt piękne! Darcie się w każdym możliwym miejscu, wliczając szkolne dachy czy w drodze do Paud.
  • Wycieczki do Paud na obiad, czyli próbowanie załapania się na jakąś przyczepę, po czym jedzenie indyjskiego naanu i paneer z 20% kampusu, którzy również postanowili wyrwać się na wieczór. Ściskanie się w małym jeepie, bo 'kto by pomyślał by zamówić ich jeepów'. YOLO.
  • Biegi przy zachodzie słońca na wzgórzu, które chyba są ulubionym, choć nie aż tak częstym, zajęciem.
  • Niedzielny brunch, czyli "jedz ile wlezie" np. crepes lub korean pancakes. Mniam!
  • Wiecznie piękna pogoda i dostępny basen, na który i tak nie chce mi się iść, ale sam fakt że istnieje poprawia mi humor.
  • Lekcje biologii, na których mogę kroić mózg, oczy albo serce. So cute ^^
  • Lekcje chemii, na których nie wiem co robię, ale już zdarzyło się ze kwas wyżarł mi dziurę w spodniach. Science will save this world!
  • Desperackie poszukiwania ekwipunku do gotowania, typu garnki i trays, żeby móc coś zjeść albo upichcić komuś ciasto na urodziny o północy. Oczywiście, zwrócenie ich dopiero po paru tygodniach, bo 'wszystko należy do wszystkich'.
  • Krytycyzm wszystkiego, od dyrektora szkoły do "girls chase boys", bowiem złe strony trzeba zobaczyć w pierwszej kolejności. Dorzucając do tego punktu, cotygodniowe college meeting przy temperaturze 35 stopni, ale i tak pijąc gorącą chai, która została przecukrzona i wciąż smakuje cudownie.
  • ...
Jest tego tyle, że lista nigdy by się nie skończyła. Tyle powodów, dlaczego nigdy nie byłabym w stanie żałować, że pojechałam do Indii. Wspomnienia na całe życie, które są skumulowane tylko w tych dwóch latach.
Kiedy porównuję siebie kiedyś i teraz to widzę dwie zupełnie inne osoby. Czy to pozytywna zmiana czy nie to już chyba zależy od punktu widzenia, jednak nigdy nie wymieniałabym tych przeżyć na żadne inne. Może i jest czasami trudno, ale takie jest życie. Za to taka rekompensata zupełnie mnie zadowala! Jedyne o o co się martwię to, że gdy wrócę do Polski na wakacje to wyjdzie na to, że jestem dziwna, bo mam zupełnie inne poglądy. Ekstremalne poglądy. A potem ludzie patrzą na mnie z takim 'WTF' wypisanym na twarzy, bo przywykłam do takich ekstremalnych dyskusji, a  niektórzy mają naprawdę ograniczone pole widzenia. Zupełnie nie-metafizyczne. 

Więc nie. Nie żałuję, że wybrałam takie życie. I tak. Cieszę się, że wyrwałam się z Polski. I nie. Nie zamierzam mieszkać w Polsce, chociaż kto wie co przyniesie przyszłość. Jeszcze 2 lata temu miałam UWC interviews i ostatnią rzeczą jakiej bym się spodziewała było stypendium do Indii. 


Dobra. Wystarczy tych głębokich przemyśleń w niedzielne popołudnie. Idę pisać Math IA. Bye! :)


Tea with Zahra in the background :)

Oko kozy, które tak ładnie pocięłam, że zachowało swój kształt <3


Ritwika z naszym osiągnięciem - ciałem szklistym i soczewką

Koza też widzi cool stuff - soczewka

Rebels
Basen
Takie wspaniałe   

Casual view   

czwartek, 22 stycznia 2015

Muwci Life

Właśnie wróciłam z Wada Concert i jestem mega zmotywowana. Jeszcze nie wiem do czego ta motywacja, ale jest! Jutro piąteczek, więc wreszcie trochę spokoju.

Co tam ogólnie słychować...

 
Pomiędzy moim testem z chemii i dwoma labami z biologii poszłyśmy obejrzeć zachód Słońca na wzgórzu :)

Nowy styl schodzenia ze wzgórza

Selfie na spacerku

Nie wiem w sumie co to...


Taka to Ci fotka z zaskoczenia

Carole i Parag (nauczyciel matmy - widać od razu...)

 


 

Smirthy i Carole

Jak tak już o tej matmie to muszę napisać Math IA, Internal Assesment. Mój temat: Kto zginie w następnej części Game of Thrones. Ambicja. Damn.

Co-wtorkowe zajęcia fitnessu, które muszę planować, bo jestem koordynatorem (awww, uwielbiam). Ioana przejęła mój telefon i zrobiła nam zdjęcie, kiedy próbowałyśmy robić gwiazdy przed rozpoczęciem prawdziwych ćwiczeń!

Basen po lewej, palmy wszędzie xd

W poniedziałek wspięłam się z Adą na Internet Hill (w japonkach lol)...



Trochę chmurzyście...

 A potem zrobiłyśmy babeczki z piernika i z kajmakiem!



W piątek powędrowałyśmy do Paud, po czym pojechałyśmy na stopa na jakiejś przyczepie. Grejt.


 

I ostatnie wydarzenie, czyli kręcenie nowego muwci promo, gdzie mieliśmy przynieść flagi (ja swojej nie znalazłam, więc udawałam luksemburskiego zdrajcę). Ale przy wykrzykiwaniu i machaniu flagą miałam już POLSKĄ! Vivat, patriotyzm!

Tak, to flaga Luxa, sama nie wiedziałam xD