Translate :)

czwartek, 5 marca 2015

Ew

W pierwszy semestrze, zaraz po przyjeździe do muwci, ustawiłam sobie aplikacje w telefonie która odliczała dni do powrotu i z znów do wyjazdu. Teraz nie chcę nawet patrzeć na to jak mało czasu zostało mi w tej szkole. *jest zbyt pięknie*
Za zaledwie tydzień mamy wolne, oprócz próbnych egzaminów, na które wypadłoby się przygotować. Trwają one przez tydzień, wszystkie 6 przedmiotów. Oczywiście, nie ważne jak bardzo chcę by dobrze wypadły to jest to niemożliwe by przypomnieć sobie cały materiał w tydzień. Sad life. Nie liczą się one też do niczego, soł... #yolo. Od 20ego marca mamy Travel Week jedziemy sobie na północ.

Zaczęłam doceniać system amerykańskich szkół, bo jeżeli przyjmą cię do szkoły (dowiesz się pod koniec marca lub początek kwietnia) to już raczej cię nie wywalą, chyba że twoje ostateczne oceny będą serio równały się niezaliczeniu IB. Dlatego mam w sumie relaksujące życie w tej chwili (jakimś cudem już mnie 2 szkoły w US przyjęły, wtf), ale oczywiście nie mam zamiaru całkowicie olać IB. Przynajmniej moje HLs chcę zdać na poziomie. Tylko dlatego, że są piękne :)
W każdym razie jak już mówiłam życie staje się o wiele łatwiejsze, kiedy masz tego rodzaju backup.

W tym tygodniu miałam oficjalne egzaminy ustne z hiszpana i angielskiego. Hiszpański spoko, mówiłam szybko i szybko skończyłam *ups*. Zacięłam się na jakimś tam pytaniu ale co tam. Jeżeli chodzi o ten język to w mówieniu jestem najgorsza ever (Yo soy una manzana). Angielski postanowiłam sobie totalnie olać, bo nauczyciel wprowadza zero motywacji do tego przedmiotu (nie, Gabi, jesteś z Polski więc nie dostaniesz lepszej oceny niż 5 - no heloł, dyskryminacjo). Więc pół godziny przed tym egzaminem zamiast sobie powtarzać to słuchałam sobie LISTEN ON REPEAT Keshy i to w słuchawkach na fula. 
 Poszłam tam, musiałam wybrać 1 z 5 tekstów (oczywiście nie widziałam nic, bo były odwrócone). Więc ogólnie mogłam dostać The Road albo Disgrace. Tą pierwszą przerabialiśmy w pierwszy semestrze, pierwszego roku, więc w sumie niewiele pamiętałam, oprócz tego że mi się podobała. Tę drugą skończyliśmy przerabiać dopiero tydzień temu, ale nie przeczytałam jej *ups ups*. I co? Jak to się mówi "głupi ma zawsze szczęście". Trafiłam na pierwszą książkę i to zaraz pierwszy fragment (omawialiśmy go na lekcji 3 dni wcześniej). Zaczęłam skakać ze szczęścia lol. I *uwaga uwaga* Henning mi powiedział, że bardzo mu się podobał mój komentarz. No tak, biorąc pod uwagę że nigdy wcześniej nie mówiłam o jednym fragmencie przez jakieś 15 minut, bo kiedy mieliśmy próbne to zamiast to robić to chodziłyśmy z Natashą po kampusie, to tak, też byłam zadowolona. Nie no, serio dobrze mi poszło, nawet odwoływałam się do Hobbes'a i takich tam mega deep stuff. A teraz jestem DONE! Wee!

Dzisiaj odbywa się Bald for a cause, czyli ludzie będą donate ich włosy. Cool nie mogę się doczekać, żeby to zobaczyć. W zeszłym roku było takie WTF. Mam nadzieję, że ktoś z moich znajomych się zdecyduje żebym znów mogła czyjeś włosy odciąć (łuehheeh). 

 



Ah! Zapomniałam opisać kolejne przeżycie w muwci, tj. moje urodziny. No więc, w czwartek poszliśmy z buta do Paud (8km hell yeah). Ja,  Carole, Ada i rodzina Carole (jej brat i kuzynka). Potem dołączyli do nas inni ludzie, bo wiadomo piątek był dniem wolnym i dużo ludzi jechało na kolacje do Paud. Do północy gralśmy w Yenga (bez szczegółów) a potem *wreszcie, szok* odbyła się impreza. O 1.30 nauczycielka przyszła i powiedziała, że daje nam 5 minut żebyśmy mogli uciec do domów (hehhe, omg, komedio). W sumie zostałam w w3 z całą gromadą ludzi ukrywającą się w czyimś domu. Yeyey. Zabawnie było. 



Przez cały piątek (nie no, tak do 18) nie było internetu więc w sumie siedziliśmy w Common Roomie jedząc, potem w Coffee Shopie również jedząc. Fajnie było, polecam.



To tyle :)
Bye bye!

niedziela, 22 lutego 2015

Metaphysics

Ostatnimi czasy, tj. 4ty semestr w muwci, myślenie o przyszłości i życiu nabrało nowego poziomu. Poziom ten jest czysto metafizyczny i pochłania strasznie dużo energii, co też skutkowało tym, że miałam wielokrotne doły, na przemian z happy days! 

Od samego początku zadaję sobie pytanie czy przyjazd do Indii, żeby uczyć się w szkole UWC był warty zachodu? I wielu aplikujących do uwc pewnie również sobie zadaję takie pytania. W Polsce miałabym maturkę, która wydaje się taka prosta pod względem swojej egzystencji. Przychodzisz, piszesz, wychodzisz. Nie trzeba martwić się o Uniwersytety aż do maja, wszystko ma jakiś plan i sens. A tutaj? Wszystko wydaje się takie skomplikowane. Może to dlatego, że nie miałam pojęcia o IB i aplikowaniu na uczelnie zagraniczne. Może dlatego, że dzieje się tutaj o wiele więcej rzeczy niż w Polsce, gdzie poza szkołą nie miałam czasu na prawdziwe życie. A może dlatego, że dopiero teraz widzę jakie 'dorosłe życie' (oh well) może być skomplikowane. 
Styczeń/luty było po prostu kulminacją wszystkiego. Extended Essay, Math IA (które wciąż muszę napisać), aplikowane na studia stworzyły tutaj atmosferę typu "nie mam czasu na nic". Dodatkowo zaczął się Theater Season i parę razy w tygodniu szłam zobaczyć sztuki, a jedną nawet sama wyprodukowałam (4.48 Psychosis by Sarah Kane). Było bardzo ciężko pogodzić to wszystko razem, a teraz wreszcie czuję, że nadszedł czas chillowania i wyluzowania się. Totalna olewka.

Prawda jest taka, że IB jest skomplikowane i trudne. A IB, w szkole gdzie trafili sami najlepsi uczniowie z każdego kraju (wliczając Indie gdzie poziom nauczania prekracza nawet moje wyobrażenia), jest jeszcze trudniejsze. Może i mam 6 przedmiotów, ale tutaj chodzi o to, że żeby cokolwiek wiedzieć trzeba robić drugie tyle poza szkołą, samemu. Laby, eseje, przygotowania do egzaminów ustnych zależą tylko i wyłącznie od nas i jeżeli ktoś się nie przygotuje to dostanie słabą ocenę, bo reszta zgarnie te lepsze. Survival of the fittest, jakby to Darwin ujął. 

No więc "Dlaczego, Gabi? Dlaczego siedzisz w Indiach zamiast zostać w przytulnym domu z dobrym jedzeniem i dostępem do TV?". 
Kogo tutaj nie było chyba nigdy nie zrozumie. Zostały mi 3 miesiące pobytu tutaj i staję się coraz bardziej sentymentalna... Tylko ostrzegam ^^
Mam wrażenie, że kiedy tutaj przyjechałam nie miałam opinii ani pojęcia na temat niczego. Jasne, mogłam ot tak podać definicje komunizmu albo wyjaśnić dlaczego nie powinno się zostawiać włączonego światła. Sama teoria. W tej szkole jednak nie można przeżyć jeżeli nie ma się własnej, uzasadnionej opinii na każdy temat. Nie wyolbrzymiam tutaj i "każdy" znaczy "każdy bez wyjątku". Nawet taki, o którym dopiero co się dowiedziałam. Niekiedy to aż niezdrowe, że prowadzisz 3-godzinną dyskusję na temat cenzury albo prawa do głoszenia własnej opinii. A jednak, właśnie to tworzy taką atmosferę, że chcesz rano wstać i zrobić coś znaczącego. 

Nie potrafię sobie wyobrazić życia poza tą bańką (jak to się tutaj mówi). Bo muwci nie ma nic wspólnego z Indiami, oprócz klimatu w sumie. Żyjemy sobie na kampusie, mieszkając, koegzystując i starając się zachowywać jaki ludzie cywilizowani, co czasami nie wychodzi. Więc za trzy miesiące, kiedy powiem ostateczne "żegnaj" temu miejscu, nie jestem sobie w stanie wyobrazić co się stanie dalej. A ta wizja jest okropnie przerażająca. To miejsce jest takie inne niż Polska, czy jakikolwiek kraj w Europie.Nie Indie, ale UWC. Zastanawiam się nad rzeczami, których nie będę mogła już dłużej robić i reasumując, nie ma możliwości, że mogłabym wrócić do życia w Polsce. Po prostu nie ma.
  • Wspinać się na dach o pierwszej w nocy z masą innych ludzi, żeby zobaczyć jak płonie teren niedaleko kampusu, a ludzie z Fire Service biegną żeby to ugasić. Ten dźwięk alarmu pośrodku nocy, słyszalny w każdej części kampusu <3
  • Codzienny check-in, czyli sprawdzanie obecności, odbywające się o 9.30pm. Spotykanie ludzi, którzy mieszkają w tej samej wadzie i robienie dziwnych rzeczy, jak rzucanie limonką czy skakanie po kanapach w common room'ie, albo puszczanie latynoskiej muzyki i udawanie, że potrafimy tańczyć jak Shakira.
  • Śpiewanie najbardziej okropnych piosenek jakie istnieją, a potem przerzucanie się na Mozarta albo innego świetnego kompozytora bez bycia ocenianymi przez kogokolwiek. Najlepsze jednak to śpiewanie piosenek świątecznych już w październiku, bo przecież są zbyt piękne! Darcie się w każdym możliwym miejscu, wliczając szkolne dachy czy w drodze do Paud.
  • Wycieczki do Paud na obiad, czyli próbowanie załapania się na jakąś przyczepę, po czym jedzenie indyjskiego naanu i paneer z 20% kampusu, którzy również postanowili wyrwać się na wieczór. Ściskanie się w małym jeepie, bo 'kto by pomyślał by zamówić ich jeepów'. YOLO.
  • Biegi przy zachodzie słońca na wzgórzu, które chyba są ulubionym, choć nie aż tak częstym, zajęciem.
  • Niedzielny brunch, czyli "jedz ile wlezie" np. crepes lub korean pancakes. Mniam!
  • Wiecznie piękna pogoda i dostępny basen, na który i tak nie chce mi się iść, ale sam fakt że istnieje poprawia mi humor.
  • Lekcje biologii, na których mogę kroić mózg, oczy albo serce. So cute ^^
  • Lekcje chemii, na których nie wiem co robię, ale już zdarzyło się ze kwas wyżarł mi dziurę w spodniach. Science will save this world!
  • Desperackie poszukiwania ekwipunku do gotowania, typu garnki i trays, żeby móc coś zjeść albo upichcić komuś ciasto na urodziny o północy. Oczywiście, zwrócenie ich dopiero po paru tygodniach, bo 'wszystko należy do wszystkich'.
  • Krytycyzm wszystkiego, od dyrektora szkoły do "girls chase boys", bowiem złe strony trzeba zobaczyć w pierwszej kolejności. Dorzucając do tego punktu, cotygodniowe college meeting przy temperaturze 35 stopni, ale i tak pijąc gorącą chai, która została przecukrzona i wciąż smakuje cudownie.
  • ...
Jest tego tyle, że lista nigdy by się nie skończyła. Tyle powodów, dlaczego nigdy nie byłabym w stanie żałować, że pojechałam do Indii. Wspomnienia na całe życie, które są skumulowane tylko w tych dwóch latach.
Kiedy porównuję siebie kiedyś i teraz to widzę dwie zupełnie inne osoby. Czy to pozytywna zmiana czy nie to już chyba zależy od punktu widzenia, jednak nigdy nie wymieniałabym tych przeżyć na żadne inne. Może i jest czasami trudno, ale takie jest życie. Za to taka rekompensata zupełnie mnie zadowala! Jedyne o o co się martwię to, że gdy wrócę do Polski na wakacje to wyjdzie na to, że jestem dziwna, bo mam zupełnie inne poglądy. Ekstremalne poglądy. A potem ludzie patrzą na mnie z takim 'WTF' wypisanym na twarzy, bo przywykłam do takich ekstremalnych dyskusji, a  niektórzy mają naprawdę ograniczone pole widzenia. Zupełnie nie-metafizyczne. 

Więc nie. Nie żałuję, że wybrałam takie życie. I tak. Cieszę się, że wyrwałam się z Polski. I nie. Nie zamierzam mieszkać w Polsce, chociaż kto wie co przyniesie przyszłość. Jeszcze 2 lata temu miałam UWC interviews i ostatnią rzeczą jakiej bym się spodziewała było stypendium do Indii. 


Dobra. Wystarczy tych głębokich przemyśleń w niedzielne popołudnie. Idę pisać Math IA. Bye! :)


Tea with Zahra in the background :)

Oko kozy, które tak ładnie pocięłam, że zachowało swój kształt <3


Ritwika z naszym osiągnięciem - ciałem szklistym i soczewką

Koza też widzi cool stuff - soczewka

Rebels
Basen
Takie wspaniałe   

Casual view   

czwartek, 22 stycznia 2015

Muwci Life

Właśnie wróciłam z Wada Concert i jestem mega zmotywowana. Jeszcze nie wiem do czego ta motywacja, ale jest! Jutro piąteczek, więc wreszcie trochę spokoju.

Co tam ogólnie słychować...

 
Pomiędzy moim testem z chemii i dwoma labami z biologii poszłyśmy obejrzeć zachód Słońca na wzgórzu :)

Nowy styl schodzenia ze wzgórza

Selfie na spacerku

Nie wiem w sumie co to...


Taka to Ci fotka z zaskoczenia

Carole i Parag (nauczyciel matmy - widać od razu...)

 


 

Smirthy i Carole

Jak tak już o tej matmie to muszę napisać Math IA, Internal Assesment. Mój temat: Kto zginie w następnej części Game of Thrones. Ambicja. Damn.

Co-wtorkowe zajęcia fitnessu, które muszę planować, bo jestem koordynatorem (awww, uwielbiam). Ioana przejęła mój telefon i zrobiła nam zdjęcie, kiedy próbowałyśmy robić gwiazdy przed rozpoczęciem prawdziwych ćwiczeń!

Basen po lewej, palmy wszędzie xd

W poniedziałek wspięłam się z Adą na Internet Hill (w japonkach lol)...



Trochę chmurzyście...

 A potem zrobiłyśmy babeczki z piernika i z kajmakiem!



W piątek powędrowałyśmy do Paud, po czym pojechałyśmy na stopa na jakiejś przyczepie. Grejt.


 

I ostatnie wydarzenie, czyli kręcenie nowego muwci promo, gdzie mieliśmy przynieść flagi (ja swojej nie znalazłam, więc udawałam luksemburskiego zdrajcę). Ale przy wykrzykiwaniu i machaniu flagą miałam już POLSKĄ! Vivat, patriotyzm!

Tak, to flaga Luxa, sama nie wiedziałam xD



sobota, 10 stycznia 2015

Term 4/4 Update

Odlot z lotniska w Munich

Gdzieś wysoko w 4-tej godzinie lotu


We wtorek rano wróciłam do Mahindry. Leciałam sama, bo spóźniłam się do szkoły (bo mieliśmy przyjechać w niedzielę), ale w sumie mogłam sobie jeszcze trochę wypocząć w tych zimnych temperaturach w Polsce. W każdym razie dobrze jest być z powrotem, chociaż nie spodziewałam się, że będzie jeszcze tak zimno rano, tj. 15 stopni. Brr... Za to w południe pogoda jest idealna! Basen jest już na stałe otwarty, nie pada, no i zielone rośliny zmieniają się w żółte... Nadchodzi pora sucha.


Przyjechałam i od razu musiałam zabrać się do roboty. Mam masę labów, testów i esejów. Ponadto aplikacje do Stanów. No a w maju już matury, więc trzeba by się zacząć uczyć. Na razie jednak muszę zrobić to, co mam zadane na teraz. Damn, okropnie. 

Zaraz we wtorek poznałam rodzinę Louise (z Beligii) i pojechaliśmy wieczorem do Paud na kolację. W środę w sumie nic ciekawego się nie działo, bo chyba spałam jakieś 5h jak przyszłam z zajęć do domu. W czwartek po check-inie poszłyśmy (Carole, Armi, Louise, Amy i ja) na zumbę, bo przyjechała nasza drugoroczna w odwiedziny i przygotowała tam coś. Zumba to najśmieszniejsza rzecz na świecie, szczególnie kiedy prowadzą ją dziewczyny z Jamajki i Portugalii, a my cztery - mające problemy z koordynacją ruchową - chowamy się z tyłu, robiąc "white twerk". 

Wczoraj naprawdę byłam zmotywowana. Próbowałam przez jakieś 3h zrozumieć matmę, ale nici z tego, bo skończyło się na tym, że pojęłam co to jest grupa i rząd grupy. Yey, progres. Potem poszłam się opalać z Adą (patrz: leżeć na trawce przed siłownią i basenem). Wieczorem zrobiłyśmy luksemburską herbatę Carole, ja przyniosłam polskie krówki (które właśnie zostały doszczętnie pożarte), a Ioana rumuńską chałwę. Takie international! Po check-inie zmyłyśmy się do wady 3, bo i tak już nikt nie miał ochoty pracować. Przez jakieś 4h godziny ustalałyśmy więc nasz Wschodnioeuropejski trip, który mamy zamiar urządzić w czerwcu/lipcu.
Na naszej mapie znajdzie się Polska (aaaaa, Krośnica jako największa atrakacja!), Czechy, Słowacja, Węgry, Chorwacja i Bośnia&Hercegowina. Oczywiście to tylko wstępne plany, ale mam nadzieję, że wypali!

Louise, Carole, Lana (Armenia), Ioana (Rumunia)

 
Dzisiaj siedzę w klasie i się uczę. Masakra. Dobra, koniec, bo mam robotę. 
Anyways, it's good to be back!


wtorek, 2 grudnia 2014

10 days to go...

Zostało 10 dni i wracam do Polski na przerwę świąteczną.
W piątek pieczemy tradycyjnie pierniki :)

W szkole odbywają się MUWCILYMPICS, czyli totalna olimpiada, w której startuję wszystkie wady.
-frisbee (druzgocąca porażka wady 1, bo przegraliśmy oba mecze nie dostając się nawet do semi finals ups)
-kolarstwo (wada 1 wygrała)
-krykiet (gdzieś tam 3-cie miejsce)
Został football, cage football, basketball, tenis, table tenis, chess, siatkówka, kajakarstwo, bieganie, atletyka, pływanie, etc. 

 
 

Dzisiaj będzie rugby, może pójdę oglądać, chociaż mam jutro test z chemii i nie chcę go zawalić. Ewentualnie przyjdę z książką. Nie tak, żebym nie uczyła się cały weekend od 9 rano do 12 wieczorem. Po teście pojadę do Puny, bo muszę wreszcie zrobić zakupy. W tym semestrze byłam tak tylko 3 razy, bo zero motywacji na 2-godzinną podróż w jedną stronę.

 W poprzedni weekend robiłyśmy ozdoby świąteczne, jednak okazało się że nie mam motywacji do tego, dlatego też nie skończyłam mojej choinki.

Louise, Armi, Sofia, Carole and Amy



Miałam też advisor "Thanksgiving" dinner we wtorek, na który zrobiłam pierogi. Ogólnie miska pierogów została zjedzona cała na samym początku. Uwielbiam kiedy ludzie to robią. 



W sobotę odbył się muwci-fest, czyli akcja zbierania pieniędzy dla Community Fund. Było jedzenie (mus czekoladowy mhmmm) oraz występy. Każdy miał sie przebrać, a tematem były "characters", czyli praktycznie można było przebrać się za cokolwiek.
Z względu na moją komiksową obsesje skończyło się na tym, że ja byłam Batgirl, a z Louise zrobiłam Spider(wo)man. Carole dołączyła do nas jako Santa Claus.

 

 

 

W ostatnim czasie zaczęłam szukać też college'y w US, bo w sumie why not. Jak dostanę stypendium 100% to chętnie bym tak trochę została i postudiowała, ale zobaczymy. Nowe oceny dostaniemy w styczniu i liczę na lepsze. Na razie mam ogólną listę, ale przez te 3 tygodnie w domu będę musiała zrobić 12 prac, czyli totalnie będę artystą... 

Zaraz muszę zaplanować jeszcze dzisiaj Fitness, bo jestem prowadzącą. Tyle roboty! 
Byebye!

środa, 19 listopada 2014

23 days to go...



Póki co nie jest źle. Właściwie, trzeci semestr jak na razie jest moim ulubionym. Pierwszaczki są świetne, nauczycieli zna się już na wylot, nauka łatwiejsza, bo i język się poprawił i poznaliśmy triki IB.
Jednak wciąż jest dużo pracy, szczególnie z EE, który muszę wysłać za 4 godziny. Na szczęście już napisany. Temat? Oversexualization of the heroines in the "Red Hood and the Outlaws" comic - justified or not?

Mój pierwszy pomysł to były Simsy, ale potem stwierdziłam, że nie podoba mi się i nie umiem o tym pisać. A komiksy są cool, feminizm też, więc why not... Wydaje mi się, że całkiem sensownie napisane, chociaż dowiem się dopiero jak Henning da mi feedback.


Co się działo w ostatnim czasie?

Jak wróciliśmy z Goa, zorganizowaliśmy urodziny Louise. Upiekłam z Amy (UK) ambitne ciasto cynamonowe i siedzieliśmy do późna pijąc herbatę.


 

Carole, ja, Jyoti, Armi, Zelma, Louise, Joseph, Beste, Eleonor, Amy, Rachel, Shen Yu, Chahat, Rudo i Indi
 


Carole i Amy - tea time!

Świętowania Dnia Niepodległości skończyło się na pamiątkowej focie oraz pieczeniu rogalików z polskim kajmakiem, które jak zwykle stały się hitem. 

Mój face oczywiście piękny...


W ostatni czwartek mieliśmy też Wada Dinner, czyli zamiast iść do kafeterii dostaliśmy food do naszego Common roomu. Świetnie było. Szczególnie kiedy po jedzeniu graliśmy w zaklepywankę a potem w sardynki (jakkolwiek to naprawdę nazywa się po polsku) i ukrywaliśmy się wszyscy w pralni. 

W ostatnim tygodniu oglądaliśmy masę filmów (kiedy znalazło się czas na to), bo obejrzeliśmy "The nightmare before Christmas", "The conjuring", "Truth or Dare", "Coraline" i "Mean Girls"...

 Świąteczna atmosfera totalnie nam się już udziela, bo już od 2 tygodni słuchamy xmas songs. Na przykład, dzisiaj na lekcji omawialiśmy nowe Band Air 30 (Rita Ora wymiata). Lol. Wcale nie myślałam całe moje życie, że tam śpiewają "Freeeeeedooom, oouuoooo" (w rzeczywistości "Feed the woooooooorld" - wtf). Moje dzieciństwo było kłamstwem! 



Dobra, wracam do mojego indyjskiego życia. Na zakończenie some art i niedokończony szkic +  jakieś 7 rupii, żeby kartka nie odleciała. 

Taka sztuka, nom.

czwartek, 6 listopada 2014

Goa vol 2

Właśnie wróciłam z 5-dniowego wyjazdu na Goa. Wszystko odbyło się w ramach Project Week'u. Pierwszoroczni jadą na zaplanowany PW, a drugoroczni planują swój. W każdym razie naszym był Seema, czyli projekt, który polega na produkcji biżuterii przez kobiety z lokalnych wiosek. 

Pojechałyśmy w piątek. Ja, Armi (Finladnia), Ada, Maria (Francja/UK) i Malaika (Goa). Byłam z Malaiką ostatnio w Goa i było świetnie. Jej rodzina załatwiła nam hotel za darmo i większość atrakcji i transport. Jednak w poniedziałek pojechali na wesele do Mumbaju, więc zostałyśmy we cztery.
Ogólnie wyjazd był pełen ciekawych wrażeń. 

PIĄTEK

Pojechałyśmy do Phoenix Mall w Pune i tam zjadłyśmy kolacje i trochę pochodziłyśmy po sklepach. 
 

Potem o 8.30 miałyśmy bus na przystanku i dokładnie o tej godzinie dostałyśmy telefon: "Gdzie jesteśmy" bo na nas czekają na innym przystanku. Jak się okazało nie chcieli marnować benzyny, więc same musiałyśmy lecieć na kolejny przystanek... W końcu znalazłyśmy się w całkiem wygodnym busie.


SOBOTA 

Przyjechałyśmy do Goa i spotkaliśmy rodziców Malaiki, którzy zabrali nas na śniadanie i do hotelu, który był woooow. Czyli taki:


 

 



Poszyłyśmy na pobliską plażę, gdzie zjadłyśmy obiad (wreszcie dobre jedzenie) i się trochę poopalałyśmy. 

 

 W sobotę około 22 pojechałyśmy do NADWODNEGO KASYNA, czyli łodzi na wodzie. Miejsce było mega wypasione, a my dostałyśmy bilety wstępu dla VIPów. 

NIEDZIELA

 O 7 rano pobudka, szybkie śniadanie i na łódź. Do około 13 łowiliśmy ryby razem z rodziną Malaiki. Sama złowiłam 5 ryb, taka jestem dobra... 

Oprócz tego spaliłam się nieźle, ale zostanie opalenizna :)

 

Popołudniu poszłyśmy do większego miasta, gdzie chodziłyśmy po sklepach, skończyłyśmy robiąc branzoletki.

 

Wieczorem mama Malaiki zabrała nas na pokaz mody indyjskiej i takiej "normalnej" (lol). W każdym razie ciekawe doświadczenie. Potem poszłyśmy do restauracji, którą specjalnie dla nas otwierali o 23 w nocy.

PONIEDZIAŁEK

 Rano poszłyśmy na plażę (tą samą co w zeszłym roku).


 


 

Potem pożegnałyśmy się z Malaiką, a ze względu na to, że teraz nikt nas nie pilnował i nie zapewniał rozrywek typu pokazy mody albo kasyno, musiałyśmy same znaleźć plany na wieczór. Skończyło się na chodzeniu po Baga Beach (ilość osób gadających do nas po rosyjsku: 3947242). Nie wiem skąd się biorą tam Rosjanie, ale jest ich duuużo. Odwiedziłyśmy parę clubów, ale nic ciekawego się nie działo, bo to nie sezon, więc koło 1 wróciłyśmy do pokoju.

WTOREK

Wstałyśmy późno i pojechałyśmy jeepem do Curley's (prawdopodobnie zła nazwa, w każdym razie coś w tym stylu). Jest to restauracja przy plaży i jest świetna! Najlepsze jedzenie w Goa <3

 



 

Potem było ciekawie. Przeniosłyśmy się do hotelu zaraz przy plaży, na Baga. Ogólnie hotel świetny. Poszłyśmy popływać - ja, Armi i Maria, podczas gdy Ada spała sobie tam gdzieś na leżakach. 
Weszłyśmy do oceanu, cool cool, woda ciepła, nawet płytko, fale mega wielkie i często.Pływamy sobie, pływamy, jest wesoło. Jak minutę wcześniej było płytko, to parę kroków dalej żadna z nas nie sięgała dna. Okej, chill, dla mnie za hardcorowo, więc staram się płynąć do brzegu. Nic. Dalej jestem w tym samym miejscu, jak nie dalej od brzegu. Ups... Maria i Armi chyba się wtedy jeszcze nie ogarnęły. W każdym razie próbuję jeszcze raz. Wydaje się, że fale spychały nas coraz dalej brzegu. Z 3 razy próbowałam dopłynąć do brzegu, a nie jestem jakimś początkującym, bo pływam od zawsze. W każdym razie fale zaczęły się robić większe, częstsze, a brzeg wydawał się zdecydowanie ZA DALEKO. Oddzieliłam się od Armi i Marii, bo one nawet nie próbowały płynąć do brzegu (nie wiedząc, że są za daleko), więc zaczęłam wołać "help". Po około 2 minutach paniki, ratownicy nas zauważyli i potem zrobili taką efficient akcje z motorówką i w ogóle. Także wyciągneli nas, yey! I żyjemy, yey!
Taka oto akcja... Zdradliwy ocean.


 

Po tym wydarzeniu wróciłyśmy do hotelu, a potem chodziłyśmy znowu po Baga. Miałyśmy 2.5h obiad <3


ŚRODA

Około 11 spakowałyśmy się i wzięłyśmy skutery, żeby pojechać jeszcze raz do tej restauracji. Lewa strona drogi, no problem! Ja kierowałam w obie strony, bo przynajmniej wiedziałam jak prowadzić skuter po prawej stronie...Droga miała może 3km, ale doświadczenie w jeździe po indyjskich drogach jest bezcenne :)

Naan

Strawberry juice!
 Na koniec poszłyśmy na market, na którym spędziłyśmy jakieś 3 godziny i wydałyśmy zdecydowanie za dużo pieniędzy. Ale szczęśliwe wróciłyśmy z powrotem :)

 

O 20 miałyśmy autobus, który spóźnił się oczywiście, ale był jeszcze wygodniejszy niż poprzedni. No i wróciłyśmy z Goa :)